poniedziałek, 28 października 2013

Szpital raz proszę

Nawet nie zauważyłam, kiedy minęły ostatnie dni. Mijać mijały, ale tyle się działo, że chwilami nie wiedziałam czy rano czy popołudnie, który jest dzień tygodnia i czy to na pewno już końcówka października.

Przyszło mi jechać z Juniorem do szpitala na 3 dni. Trzy dni, dwie noce, nieprzespane rzecz jasna. To były tylko badania, upewnianie się, że nie ma powodów do lęku o zdrowie dziecka, a i tak kosztowało nas to - nas, czyli Juniora, mnie i męża mojego, dużo wysiłku i nerwów. Szpital jest dla nas miejscem ekstremalnym i każdy pobyt w nim wiąże się z ogromnym stresem. Na szczęście rzadko nas to spotyka.

Bałam się, że pogonią mnie z tego szpitala z powodu zaawansowanej ciąży. To znaczy, spróbują pogonić, bo przepędzić bym się nie dała :) Nie wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji zostawiam Juniora. Byłby z tatą, może na nim polegać, ja również, ale to silniejsze ode mnie - muszę być przy moim dziecku.

Przykro jest patrzeć, kiedy całe rzesze dzieci przechodzą przez szpitalne sale, jedne po drugich. Ledwo łóżko się zwolni już zajmuje je ktoś inny. Jedni wyjeżdżają na łóżkach, by drudzy mogli wrócić jeszcze nie do końca przytomni po narkozie. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że dzieci znoszą te niedogodności lepiej niż ich rodzice. W większości.

Muszę stwierdzić, że dzielny ten mój syn. Czekały go rzeczy, na które nie sposób się przygotować, bo przecież najdokładniejsza nawet opowieść nie odda tego, co sie wydarzy. Szczególnie, jeżeli rodzic sam nie ma doświadczeń w takich kwestiach. Na szczęście są ratownicy w karetkach, szybka jazda na sygnale i pasy, którymi przypiąć można nie tylko dziecko, ale też misia. A wiadomo, że misie potrafią wiele.

Do domu wróciliśmy wykończeni. Ja chyba nawet bardziej :) Przed pół nocy leżałam i czekałam na reakcję małej w brzuchu, bo bałam się, że nadmiar stresu mógł jej zaszkodzić. Ona też przeszła swoje. I pewnie dlatego nie chciała ze mną gadać przez te kilka godzin. Lecz kiedy rano zapodała mi zdrowego kopniaka w pęcherz, poczułam, że już się nie gniewa. Co za ulga :)


3 komentarze:

  1. Współczucia z takimi przeżyciami, dobrze, że już jesteście w domku i Młody zdrowy, masz rację, ja bym też nie dała się przegnać ze szpitala, mama, to zawsze mama.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że już w domu jesteście.
    Wiem co przeżyłaś, bo ja byłam z Oldusią tydzień w szpitalu jak ona miała 3 miesiące. To coś, czego się nie zapomina. A Ty jeszcze z brzuszkiem. Jak dobrze już być w domu... Zdrowia dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziekuję za miłe słowa! potrzebne zresztą :) szpitalnych przygód nikomu nie polecam, potrafią zrobić człowiekowi krzywdę, szczególnie jak się bardzo źle trafi. na szczęście my nie musimy za często tam wracać :) ale jazda karetką jest fajna ;)

      Usuń