Zabrałam dziś Juniora na wyprawę do lasu. "Stumilowego lasku", w związku z czym tematem przewodnim był Tygrysek, jedna z ulubionych przytulanek Juniora. Pozwiedzaliśmy troszkę, przejechaliśmy się traktorkiem, zjedliśmy frytki. I oczywiście graliśmy Tygryskiem w podrzucanego, skradaliśmy się do domku Sowy i rozmawialiśmy z Krzysiem na temat zachowania Kubusia Puchatka. Aaaaa, byłabym zapomniała - jeździliśmy też Kubusiowym Ekspresem :) Z przyspieszeniem 240 km/s.
Z tej okazji upiekłam bułeczki (kulinaria zapraszają) z samego rana, żeby mi dziecko z głodu nie padło. Zapakowałam wdzianko na przebranie (przydało się ;)), wodę i w drogę. Droga była długa, ale przyjemna, bo lubię przez wsie jeździć. Akurat zabrnęłam w miejsca, w których dotychczas mnie nie było.
Syn szczęśliwy, zmęczony, wybiegany i "wyoddychany" leśnym powietrzem. Skutkiem wyprawy jest wielka miłość do mamy i siostry w brzuszku. Chociaż Junior wolałby braciszka :) Ale o tym później.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz