niedziela, 25 sierpnia 2013

Matka wychowuje

Kiedy byłam w ciąży z Juniorem obiecywałam sobie, że bajki w telewizji będzie oglądał bardzo rzadko, może 2 razy w tygodniu, że nie będzie jadł słodyczy, że nie będzie nosił koszulek z postaciami z filmów i bajek, przecież nie będę popierać konsumpcjonizmu.

Życie weryfikuje wszystkie moje ambicje po kolei. Bajki oglądamy. Staram się przestrzegać reguły 15-20 minut dziennie, ale nie zawsze się to udaje. Bo humory nam nie dopisują, bo muszę poprasować albo dokończyć obiad, albo popracować, bo czas leci a zlecenie się samo nie zrobi. I tak oto telewizor jest częścią dnia. Na szczęście nie jest koniecznością i kiedy zajęci jesteśmy rodzinnymi sprawami potrafimy (czyt. Junior potrafi) całkowicie o nim zapomnieć.

Podobnie ze słodyczami. Póki Junior nie chodził do przedszkola nie było to trudne. Od wielkiego dzwonu częstowaliśmy go biszkoptami albo kawałkiem czekolady. Wraz z rozwojem świadomości i poczucia przynależności do społeczeństwa słodkości stały się ważne. Pojawiają się od czasu do czasu w przedszkolu, na wszelkich urodzinowych przyjęciach kolegów, podczas wizyt u babci - są wyrazem sympatii i gościnności. Nie sposób za każdym razem odmawiać dziecku ciastka. Staram się więc,  by było ich możliwie mało i by były dobrej jakości. Może gdybym miała więcej czas robiłabym domowe słodycze - lekkie ciasta, owocowe jogurty, desery z owoców i kaszy jaglanej. Robię je stanowczo zbyt rzadko.

I jeszcze fascynacje postaciami z bajek, walkami dobrych ze złymi i pragnienie posiadania koszulek z bohaterami filmów, nawet tych, których się nigdy nie widziało. Przemysł dedykowany dzieciom naraża zarówno dzieci, jak i rodziców na nieustający stres, poczucie krzywdy i rywalizacji. Im dziecko młodsze, tym łatwiej, ale w pewnym momencie trudno jest odmówić dziecku, które pragnie mieć ubranka czy zabawki równie fajne, jak jego koledzy. Nie dać się zwariować? Jasne, tylko jak wytłumaczyć 4 czy 5-latkowi, że nie kupimy mu tego czy tamtego nie dlatego, że nie mamy na to pieniędzy tylko dlatego, że nie chcemy? Wierzcie mi, łatwo nie jest. To podkład do rozmów o potrzebach - tych elementarnych i wyższych. Do wyższych zaliczam marzenia o kolejnym zestawie super klocków :) Raz się porozumiemy, trzy razy nie. Naturalne.

Ja wiem, że wychowanie to działanie bez końca. Musimy powtarzać wciąż te same czynności i słowa. Ale w procesie wychowania są tematy łatwiejsze i trudniejsze. O ile, wydaje mi się, łatwo jest nauczyć dziecko mówienia "dzień dobry" kiedy wchodzimy do sklepu, o tyle wizja nauczenia mojego syna szacunku dla inności czy nieulegania konsumpcyjnym zachciankom wydaje mi się bardzo trudna. Tłumaczyć? Nie łatwo dorosłemu sformułować myśli w tym zakresie, żeby dziecko pojęło, a dziecku zrozumieć. Dawać przykład? Tylko, czy to wystarczy?

Wychowawczych dylematów przybywa wraz z liczbą świeczek na dziecięcym torcie urodzinowym. Któż z nas ma gwarancję sukcesu? Kto nam zagwarantuje, że nasze dzieci gdzieś po drodze nie zgubią ścieżki, na którą je z trudem wielkim zapędzamy?

1 komentarz:

  1. Oj wiem coś o tym. Przy pierwszym dziecku też trzymałam się twardo reguł i zasad. Przy drugim już czasem się ustąpiło a to właśnie z braku czasu, bo trzeba coś pilnie zrobic to niech dziecko ta bajkę poogląda, albo słodycze. Ach. Pierwszy syn nie jest łasuchem, a drugi to by mógł zyc na słodyczach tylko. Za to za telewizją i bajkami nie koniecznie przepada a pierwszy juz mógłby siedzieć od rana do wieczora.

    OdpowiedzUsuń