wtorek, 4 czerwca 2013

Anioł nie matka

Bez skrępowania i wstydu muszę powiedzieć, że jestem aniołem ;)))

Ludzkim  nieco, ale jednak aniołem, który potrafi opanować nerwy nawet w tak dramatycznych sytuacjach jak przegrana dziecka w grę planszową. To Junior przegrał, a ja wygrałam. Co rozpętało prawdziwą burzę w naszym skromnym M, zesłało pioruny i grad plus rozrzuciło po pokoju zabawki, trzaskało drzwiami i płakało iście krokodylimi łzami.

I w tym piekle ja - anioł o  szarych oczach, który bez krzyku, złości w głosie, za to z pełnym spokojem tulił swoje płaczące dziecko, szepczące "Przepraszam, że płaczę". Cóż, nie o płacz chodzi. Wróć dziecko do swojego pokoju i pomyśl jeszcze przez chwilkę. Znowu burza, tym razem głośniejsza. Po chwili znowu tłumaczenie, historie o jabłkach, którymi dzielić się trzeba i udawanie Juniora, że nie wie o co chodzi. Do trzech razy sztuka. Skapitulowałam. Skoro mój pierworodny nie chce przyjąć do wiadomości, że zwycięstwem także można się dzielić, że raz się przegrywa, żeby za chwilę wygrać, to ja mówię "cóż, dziś się nie udało, uda się jutro".

To znaczy ja wierzę, że uda się jutro, bo przecież udać się musi. Rzecz w tym, że dziś zaskoczyłam sama siebie - byłam spokojna autentycznie, a nie na siłę. I nawet dzikie starania Juniora nie zburzyły mojego spokoju.

Dzięki temu usłyszałam dziś, że Junior mnie kocha - jakieś 287 razy :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz