wtorek, 28 maja 2013

Siedź sobie matko w domu, siedź

No i stało się. Jaśnie panujący nam posłowie uchwalili, że rodzinom teraz dobrze będzie, bo przez rok cały mamusie i tatusiowie będą mogli opiekować się dzieckiem w domu, bez pomocy żłobka, niani, babci, sąsiadki i stada przyjaciół. Wszyscy się cieszą. Sejm się cieszy, bo ten jeden jedyny raz wszyscy okazali się zgodni. Rodzice się cieszą, bo mamy nie będą musiały szybko wracać do pracy. W żłobkach się cieszą, bo będzie mniej dramatów rozgrywających się w dyrektorskich gabinetach. Noworodki i niemowlęta się cieszą, bo będą miały mamusie i tatusiów bliżej siebie. Ciężarne się cieszą, przyszłe ciężarne się cieszą, babcie się cieszą. Cały świat się cieszy!

Mam wrażenie, że tylko ja się nie cieszę. I rzesze pracodawców, kobiet świadomych swojej pozycji na rynku pracy, szanujących pracę, kolegów i swoich szefów. A, budżet naszego państwa też nie ma powodów do radości. Nie jestem feministką. Ja tylko trzeźwo patrzę na świat. 

Wyobrażam sobie siebie. Jestem w ciąży, więc w okolicy 5 miesiąca biorę zwolnienie i już do pracy nie wracam. Rodzę dziecko, biorę roczny urlop i ... I co? Wracam do pracy po prawie 2 latach nieobecności? Mój szef wita mnie kwiatami, koleżanki z pracy dają mi prezenty i cieszą się, że wreszcie nie będą musiały robić za mnie mojej pracy. Albo jeszcze inaczej - na moje miejsce została zatrudniona inna osoba, na zastępstwo. Jest świetna, zna moją pracę bardzo dobrze, miała przecież czas się zaangażować. Jest na bieżąco, przecież pracuje. A ja - jak nowy pracownik, muszę się uczyć swojej pracy praktycznie od nowa. Wracam. Szef oddaje mi moje stare stanowisko. Ja szaleję, bo przecież tyle się pozmieniało, mam konkurencję w osobie zastępcy i dziecko, które jest przyzwyczajone do mojej przy nim obecności. Czyli mam gorzej. Po 3-4 miesiącach zmieniają mi stanowisko, na inne, niekoniecznie gorsze. Ale poczucie niedosytu jest i narasta. Tylko jaki ja mam argument? Jak mam uzasadnić swoją przydatność? Przecież nie było mnie w pracy przez 2 lata!

Oczywiście to czarny scenariusz. Może być zupełnie inaczej. Ale ja nie znam przypadków z gatunku "zupełnie inaczej". Znam za to te z koszmarów nocnych, kiedy kobieta praktycznie z dnia na dzień zostaje bez pracy, za to z małym dzieckiem w domu i kredytem (bywa, że nie jednym). Znam, bo przeżyłam, bo przeżyły to moje koleżanki bliższe czy dalsze. Prawo kobiety wracającej do pracy po urlopie macierzyńskim, chroni tylko przez chwilę. A co potem? Zawsze można znaleźć nową pracę. Tylko nie jest to łatwe, kiedy na rozmowy chodzi się z dzieckiem pod pachą, ma przykre doświadczenia za sobą i wielkie rozczarowanie rolą, jaką przyszło nam zagrać. 

Drogie Panie, korzystajcie z rocznych urlopów, cieszcie się rodziną i macierzyństwem. Tylko za rok lub dwa nie miejcie pretensji, że rynek pracy nie przyjmuje Was z otwartymi ramionami, że w żłobkach nadal nie ma miejsc, a świat nie uśmiecha się do Was całą gębą.

1 komentarz:

  1. Przecież nikt nie zmusza mam to tak długiego urlopu. Z tego co wiem można mieć pół roku jak do tej pory, więc w czym problem? Nie pasuje Ci bierzesz po staremu.
    Nie bardzo rozumie o co masz pretensje... o to że będą takie przepisy dające możliwość nie obowiązek? Odnoszę wrażenie, że przedstawiasz sytuacja typowa dla stereotypowych polaków :tak źle i tak niedobrze.
    Co do wracających mam po macierzyńskim czytałam, że są plany programów, które mają wspierać wracające do matki do pracy (wsparcie dla pracodawców od rządu), więc coś się dzieje w tym temacie.

    OdpowiedzUsuń