Matka ma pod górę - zawsze. Może nie każda matka, ale ja owszem. I nie przesadzam. Niech się nikt nie waży mówić, że przesadzam.
Góra nr 1 - nie wyspałam się, zasnęłam późno, spałam źle, a tu o 6.45 skowronek mój uśmiecha się od ucha do ucha i chce się bawić. Dobrze, synku, baw się, a mama tu koło ciebie poleży i zamknie oczy na chwilkę. Nie wiem po co je zamykałam. Po sekundzie już musiałam otwierać, by klocki porozdzielać, zobaczyć w instrukcji, czy dobrze składane, ocenić efekt pracy Juniora, zobaczyć jego samego i tak dalej. Ciężka praca takie zamykanie i otwieranie oczu na życzenie.
Góra nr 2 - zrobiłam śniadanie. Ojej, jakie pyszne kanapki, zjem ich całe mnóstwo. Zjadł jedną, szkoda było wyrzucić, więc ja zjadłam 3, czyli za dużo.
Góra nr 3 - w aucie gorąco. Wiadomo, klima niezdrowa, słoneczko grzeje, pech chciał akurat na Juniora, okno otwarte, ale wieje. To gorąco. A że mojemu synowi jest zawsze ciepło, to tym razem było mu podwójnie ciepło.
Góra nr 4 - ta prawdziwa. Nie miałam świadomości, że to takie wysokie. 1,5 godziny wspinania się. Z przerwami, bo trudno wymagać od 5-latka nieustannego marszu. Sama od siebie nie mogłam go wymagać, bo po prostu sił mi brakowało. Nie mam kondycji alpinisty, niestety. Także wspinamy się. W lesie chłodno, ptaki śpiewają, ludzi sporo "Dzień dobry", "Dzień dobry" i tak w kółko. Nie obyło się bez przygód, zgubienie szlaku na chwilkę, paniki w oczach z powodu kupy, płaczu, że nóżki bolą. Zasadniczo po raz kolejny moja cierpliwość została wystawiona na próbę, niejedną. Przy zejściu było nieco lepiej, ale małe nóżki bardzo się spieszyły i biedne były przed pozostałymi częściami ciała. Musiałam ratować, uspokajać i trzymać za rączkę bardzo mocno, żeby mi dziecko na pupie z góry nie zjechało.
Góra nr 5 - to już dziś. Mam zakwasy w łydkach, chce mi się spać (nadal!), a pracować nie chce (ojej!). Na szczęście zaraz spotkam się z moimi górami, tą niewielką i tą dużą, które kocham i za nic w świecie nie oddam możliwości przenoszenia ich każdego dnia :)))
słodki ciężar macierzyństwa :)
OdpowiedzUsuńpowiem więcej - solidny ciężar :))) ale kochany bardzo!
Usuń