Przy okazji natknięcia się na feministyczne artykuły, newsy, wieści i inne rozmyślam sobie o tej idei w kontekście głównie własnej osoby. I taki ze mnie ni pies, ni wydra. Bo niby feministycznie niezależna: pracuję, za swoje żyję, swoje mam w głowie, zdanie też swoje, czy czytam co chcę, wychodzę z domu gdzie chcę i z kim chcę, czasem nawet wyjeżdżam na weekendy z koleżankami (zawsze z błogosławieństwem szanownego męża :)). Ale z drugiej strony to ja piorę, prasuję, gotuję, sprzątam, zakupy robię, popołudnia z dzieckiem spędzam, zarabiam mniej i takie tam.
Może nie znam się na feminizmie, może mam mylne o nim pojęcie. Wiem jednak, że w dzisiejszych czasach mało która kobieta feministką nie jest. Nie ma znaczenia, że jesteśmy matkami, kurami domowymi, pracownicami albo "bizneswomenami". Musimy skupiać swoją uwagę, czas, umiejętności i chęci na różnych polach, chcemy czy nie chcemy. I życie nam każde działać feministycznie. Bo nikt za nas pewnych rzeczy nie zrobi. Na własne potrzeby ten stan rzeczy nazwałam feminizmem realnym. Realnym, bo dostosowanym do naszych potrzeb i możliwości. Realnym, bo niejednokrotnie opartym na warunkach, jakich przyszło nam żyć. I ten realizm będzie różny, w zależności od punktu widzenia i siedzenia.
Znam żart na temat feminizmu, że kończy się w chwili, kiedy trzeba wnieść pralkę na czwarte piętro. Mój feminizm się kończy dużo wcześniej, już w okolicy kubła na śmieci :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz