wtorek, 24 września 2013

Matka na zwolnieniu lekarskim

Zaczęłam pracować zawodowo prawie 11 lat temu. Jeszcze studiów nie skończyłam, a już miałam cały etat i wypłatę na koncie co miesiąc. Mogłam zacząć spłacać kredyt studencki. Spłaciłam :)

Nie w kredycie jednak rzecz, tylko w tym, że przez pierwsze 4-5 lata pracy nie byłam na zwolnieniu lekarskim. Na urlopie owszem. Wiadomo, dla własnego zdrowia psychicznego. Ale chorobowe? Nie do pomyślenia! Jestem pracownikiem maniakalnym. Póki mnie praca kręci, daje satysfakcję i słyszę "dziękuję", pracuję bez opamiętania. A kiedy przestaje się robić miło, przestaję pracować. Tzn. przestaję pracować w jednym miejscu i idę do następnego.

Na pierwsze prawdziwe zwolnienie lekarskie poszłam w ciąży. Nie było innego wyjścia. Musiałam zostać w domu, oszczędzać się, nie biegać i racjonalniej się odżywiać i takie tam. Jednak pracowałam. W domu. Byłam pod telefonem, komputerem, mailem. Praktycznie do ostatniego dnia przed porodem. Dlaczego tak robię? Bo inaczej nie potrafię. Mam wewnętrzny przymus pracy. Poczucie obowiązku wielkie jak Giewont ;) 

A teraz - czeka mnie kolejny urlop od pracy. Ostatnie tygodnie tak dały mi w kość, że wylądowałam w szpitalu (o czym już zresztą pisałam). I teraz muszę nazbierać sił. Duuuużo sił, bo mam jeszcze wiele planów. Nie muszę jutro wstawać przed 6 rano. Bo nie idę do pracy. I przez jakiś czas do niej nie pójdę. Cieszy mnie to i martwi. Cieszy, bo będę mogła zająć się synem i przygotowaniem go na nadchodzące zmiany, bo zajmę się domem, w którym ciągle coś jest do zrobienia, bo zajmę się też moim blogiem :) I martwi. Bo lubię pracować. 

Tak tak, wiem. Przecież będąc w domu nie muszę wcale rezygnować z pracy. Nie zamierzam tego nawet robić. Przecież można mieć czas na wszystko: na przeżywanie odmiennego stanu, na radość z syna i męża, na smakowanie jesieni, gotowanie, pieczenie, porządkowanie. I na pracę też :)

Z tej okazji oglądam "Dziecko Rosemary", po raz piąty chyba. Bo uwielbiam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz