Wróciłam do domu. Zostawiłam moich chłopaków w uzdrowisku i jestem. W domu pusto, cicho, pająki z kątów wylazły i się panoszą. Próbuję się też ogarnąć zawodowo. Ciężki ten pierwszy dzień w pracy. Skupić się trudno, lista zadań długa, trzeba chyba zapomnieć o urlopie.
Zanim jednak to nastąpi zostawiam sobie chwilkę na rozważenie ostatnich dwóch tygodni. A jest co rozważać. W sanatoriach spotyka się ludzi różnych, różnistych - od nas na pewno. I od niektórych można się sporo nauczyć. Na przykład cierpliwości. Podziwiam matki, które potrafią delikatnym głosem powtarzać setny raz to samo, zawsze są uśmiechnięte i wyglądają na szczęśliwe z powodu obecności dzieci. Nawet, jeżeli dzieci wchodzą im na głowy, krzyczą na cały regulator i uciekają na drugą stronę ulicy.
Trudno mi zrozumieć takie anielskie podejście. Wszystko jest kwestią charakteru rzecz jasna - mój jest zanadto wybuchowy, apodyktyczny i w ogóle taki nie za ;)
Ale jeszcze trudniej jest mi pojąć zjawisko rodziców z gatunku "średnio-zainteresowanych-dziećmi-własnymi". Oto w uzdrowiskowych miejscowościach takich rodziców jest sporo, żeby nie powiedzieć wiele. Dzieciaki biegają samopas po placu zabaw, wspinają się na drabinki, na zjeżdżalnie, na ścianki i linki, zawisają na nich, spadają, krzyczą, wpadają na młodsze dzieci i w ogóle zadymę robią. Jak to dzieci, nie do nich mam pretensje. Za to do ich rodziców już tak. Wychodzę z założenia, że jak masz dziecko to je pilnujesz. No, chyba, że wakacje spędzasz z nastolatkiem - w ostateczności możesz go puścić samopas na godzinkę lub dwie ;) Oczywiście przesadzam, ale zostawianie 4-6 latków bez opieki na placu zabaw czy w parku uważam za skrajną nieodpowiedzialność. Czy można zaufać dziecku, które jeszcze nie do końca rozumie, w którym miejscu przekracza granice bezpieczeństwa? Czy można ufać innym dzieciom, że nie zapomną się w zabawie i nie skrzywdzą mojego? I ostatnie pytanie: na ile ufamy obcym ludziom i nie obawiamy się zła z ich strony?
Ja nie ufam nikomu spoza kręgu najbliższych. I ufać nie będę. Dlatego krok w krok chodzę za Juniorem i sprawdzam, co się z nim dzieje. Oczywiście z biegiem czasu wydłużam smycz, na której go trzymam. Porównanie brutalne, ale prawdziwe. Pozwalam mu odejść nieco dalej, bawić się bardziej samodzielnie. Tylko nie może mi zniknąć z oczu. Przyjdzie przecież dzień, w którym wyjdzie sam na osiedlowy plac zabaw, sam pójdzie do szkoły czy kolegi. Świat dziecka musi się poszerzać, otwierać. Jednak nie może się to dziać bez kontroli rodzica.
I zgodnie z moimi zasadami pilnuję też osamotnionych dzieci. Mówię im, żeby nie wchodziły na niebezpieczną zjeżdżalnię z nieodpowiedniej strony, żeby uważały na mniejszych. Ktoś czuwać musi.
Bardzo mądrze piszesz. Zgadzam się w 100 % z Tobą. Mam nadzieję, że takie zachowanie nie jest z kolei nadopiekuńcze, bo z tym to już bym się nie zgadzała. dziecko musi też się uczyć co wolno a czego nie i odczuć na własnej skórze, aby drugi raz tego błędu nie popełniło. Oczywiście w granicach rozsądku wszystko. W ten sposób uczy się odpowiedzialności.
OdpowiedzUsuńW wychowaniu, jak we wszystkim, musimy zachować zasadę "złotego środka". Nie przeginajmy w żadną stronę. Nadopiekuńczość szkodzi, podobnie jak zbytnia pobłażliwość czy nadmiar swobody. Innej drogi nie znam :)
Usuń