piątek, 10 maja 2013

Cierpliwości matko

Mimo, że system taki szczodry i hojnie nas częstuje dobrami wszelkimi, to jest jeszcze kilka towarów deficytowych. Nikt ich nie widział, wszyscy o nich mówią, podobno można je dostać - część tu, kilka tam, na receptę, bilet miesięczny i ładne oczy.

Biegam po sklepach, szukam, ale znaleźć nie mogę. Oczy mam może średnio ładne, biletu miesięcznego wcale, bo komunikacji miejskiej nie znoszę. Jak nie znajdę, to czarno widzę swoją przyszłość, jako matki idealnej, strażniczki domowego ogniska i przyszłej dumy narodu lub województwa przynajmniej.

Oto brak mi cierpliwości. A nawet nie mam jej wcale. Nie cierpię cierpliwie czekać, aż dziecko się zdecyduje buty włożyć, najpierw lewy, potem prawy, potem znowu lewy, bo się język podwinął. I tym sposobem, zanim dojdzie do zapięcia rzepów, we mnie się już gotuje. Po chwili gotuje się znowu, bo chodzić trzeba kroczkami krasnoludka, żeby w sekundzie zbiec na plac zabaw i za żadne skarby nie chcieć zejść z drabinek. I już leci - powoli wsiadamy do auta, chcę siku, nóżki bolą na schodach, trzeba więc odpocząć na każdym półpiętrze i tak dalej bez końca.

Dlatego pytam, gdzie kupić cierpliwość? Bo nauczyć się jej nie sposób, skoro przez te kilka lat mi się nie udało. Taką mam wadę, że cierpliwości mi brak, aniołem nie jestem i nigdy nie będę. Nauczyłam się tylko jak papuga powtarzać: chodź, powiedz, zrób, czekam, proszę, dziękuję, poczekaj, pomogę, chodź, powiedz, zrób, czekam, proszę, dziękuję, poczekaj. Wszystko jednym, wytrenowanym tonem, bez podnoszenia głosu. I tylko kiedy zaczynam wrzeć, pytam: ile razy mam powtarzać?

Matka może mieć wady, nieuleczalne słabości, z którymi nie sposób walczyć? Czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę takie ograniczenia, czysto ludzkie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz