czwartek, 9 stycznia 2014

Dziecko o skórze nosorożca

Świat jest brutalny. Traktuje nas "z buta", życia nie ułatwia, podstawia nogi i ma wielkie wymagania. nawet wobec przedszkolaków.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie uchronię mojego syna przed całym złem świata. I nawet nie mam zamiaru tego robić, bo człowiek musi uodpornić się na wszelkiego rodzaju wstręty, jakie szykuje nam życie. Inaczej zginie marnie w powodzi uczuć, wyrzutów sumienia i cudzych słów. Dlatego też nie załatwiam żadnych spraw między kolegami i koleżankami w przedszkolnej grupie a Juniorem. 

Cieszy mnie bardzo, że Junior ma do nas, do mnie i męża, zaufanie i opowiada nam o bardzo wielu sprawach związanych z życiem, które toczy się niejako poza nami. Czasami dzieli się z nami sprawami szalenie poważnymi, jak jego miłość do Zosi, a czasem zachwycają go rzeczy powszednie, na przykład fakt, że kolega poczęstował go gumą do żucia :)

Bywa jednak, że poruszać musimy sprawy przykre, dotyczące chociażby złośliwych komentarzy czy przezywania się. Wszyscy wiemy, że dzieci bywają przykre i my, dorośli, bierzemy na to poprawkę. Ale inne dziecko? Nawet jeżeli samo bywa uszczypliwe, cudze słowa bierze bardzo poważnie i sprawiają mu przykrość. I to jest właśnie kwestia, o której dziś rozmyślam.

Jak nauczyć 5-latka, że nie należy się przejmować słowami innych? Jak uzbroić dziecko w skórę nosorożca, która ochroni je przed przykrościami i pozwoli zachować poczucie własnej wartości jednocześnie nie ucząc obojętności na uczucia innych? Można tłumaczyć i wyjaśniać, że opinie innych ludzi nie są szczególnie istotne, zwłaszcza jeśli nie zależy nam na tych ludziach, że najważniejsze jest co mówią i myślą o nas nasi bliscy, że przyjaciel nie ranią nas rozmyślnie, tylko chcą dla nas dobrze. Jak procent z tego, co tłumaczymy dziecku trafia do niego? Nie czarujmy się, niewielki. Im więcej mówimy, tym więcej trafia (oczywiście dzielmy to "mówienie" na części i nie przeprowadzajmy trzygodzinnych pogadanek). Ale gadanie to nie wszystko. Uświadomiła mi to niedawno pewna pani psycholog. Liczy się fakt i czas, w którym dziecko może sobie samo pewne rzeczy "przepracować" i poukładać. 

Dlatego też warto o roztrząsanych problemach czytać, albo działać "na przykładzie", czyli stawiać dziecko w hipotetycznych sytuacjach i prosić o aktywny w nich udział, by samo miało okazję rozwiązać problem i poradzić sobie. I dopiero potem mówić i tłumaczyć :) Albo i nie. Czasem trzeba dać dziecku czas, by samo doszło do pewnych wniosków.

Mój plan jest taki, że właśnie tworząc przykładowe sytuacje będziemy uczyli Juniora jak radzić sobie z przykrościami, jakich czasem doświadcza ze strony innych dzieci. I przy okazji mam nadzieję nauczy się empatii, zrozumienia dla ludzkich ułomności i umiejętnie otoczy się skórą nosorożca, przez którą przepuszczać będzie tylko to, co chce i co warte jest przepuszczenia. 

2 komentarze:

  1. No właśnie, moze to faktycznie jest sposób. Nie wiem, czy u mieszka w przedszkolu coś się nie wydarzyło takiego ostatnio, bo coś niechętnie idzie do tego przedszkola, nawet płacze rano, ze nie chce. Ale nic nie powiedział, gdy go pytamy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, to dobry kierunek : konkrety, konkrety, konkrety. Powodzenia !
    Przy okazji : nominuję CIę do Liebster Blog Award. Jesli masz ochotę, przyłącz się do zabawy.
    Szczególy : http://burzowechmury.wordpress.com.
    Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń